Ostatnie Wpisy »

Znajomy, żeglując już kilka lat po Mazurach i mając jako takie umiejętności, postanowił stać się szczęśliwym posiadaczem patentu żeglarskiego i to na dodatek nie tylko żeglarza, ale od razu sternika jachtowego. Można tak, jak się okazało. Znajomy posiada również doświadczenie morskie, co mu znacznie ułatwia sprawę, bo jego wiedza, a właściwie głównie doświadczenie, jest jak by nie patrzeć trochę bardziej słone. Aby nie tracić czasu, uznał, że jest gotowy na to, by podchodzić tylko do egzaminu, bez zaliczania czasochłonnego kursu. Tak też można jak się okazało, ale już trochę mniej oficjalnie, ale dać się da. I w czym problem? No właściwie w niczym, tylko poczułam się trochę oszukana. Gdzie tu sprawiedliwość? Jedni muszą przechodzić kursy, zdawać egzaminy, najpierw na żeglarza, potem na sternika, a inni rach ciach i mają patent sternika jachtowego po miesiącu.

Byliśmy razem na Mazurach z tym znajomym, i razem z jego dziewczyną i jeszcze jednym kolegą, przyuczaliśmy go do egzaminu, co by mu się udało i żeby zdał. Z jednej strony chciałam żeby zdał, bo to mój znajomy. Z drugiej strony patrząc na jego umiejętności dalekie wg mnie do podchodzenia od razu na egzamin sternika, nie chciałam żeby zdał, żeby mu się „udało”. Bo jak to „udało”? Nie, ma się udawać tylko ma się umieć, prawda? Jak ktoś posiada patent żeglarski, i nie kupił go na bazarku, to ja mam mieć gwarancję, że potrafi żeglować. Właściciel jachtu, który mu czarteruje swoją łódkę ma mieć pewność, że delikwent legitymując się patentem potrafi żeglować, a nie że mu się udało. Tak uważam. A Wy?

Dar Młodzieży jest naprawdę wielki. Stojąc na mostu, w kabinie nawigacyjnej, prawie nie widać dziobu. Mostek to centrum dowodzenia, gdzie znajduje się wiele „magicznych” urządzeń typu radary, navtexy, GPSy, Radio, C-mapy….. Są też zwykłe mapy papierowe.  Czymś co mnie najbardziej pociągało był jednak ster. Ten, którym się kieruje podczas płynięcia na silniku znajduje się w środku kabiny nawigacyjnej i jest wielkością podobny do kierownicy samochodowej. Sterowanie za pomocą kciuków Wielkim Żaglowcem – bezcenne. Ten ster ze wspomaganiem działa tak delikatnie, że wystarczy ucisk kciuka lub nadgarstka, by Żaglowiec zmienił kurs.

Udało mi się wynegocjować sterowanie Darem przez godzinę podczas płynięcia z pilotem na trasie Szczecin – Świnoujście. Wąskie przejścia, tuż obok mielizny. Jak przejęłam stery to widziałam niepewną minę chifa… Ale komendant się zgodził, nie było możliwości zmiany JEGO decyzji :) Przez pierwsze 10 minut pociłam się jak mysz, a uczący mnie i pomagający Instruktor Tobiasz co chwilę korygował mój kurs, albo szturchał mnie znacząco, że powinnam coś odpowiedzieć pilotowi wydającemu mi komendę zmiany kursu (o jeden stopień!).

Pilot: trzy, pięć, osiem.

Ja: trzy, pięć, osiem.

Jak  po chwili miałam kurs 358 mówiłam:  jest trzy, pięć, osiem.

Pilot: dziękuję.

Pilotów de facto było dwóch i ze sobą prowadzili niemal non stop ożywioną dyskusję na tematy dowolne. Z tego natłoku słów nauczyłam się wyławiać te zaczynające się od „trzy….”. Ja robiłam swoje, a pilotom nie przeszkadzało to w dalszej rozmowie i uważnemu śledzeniu tego co się dzieje dookoła statku. Nauczyłam się, że ja również mam nie zważać na ich rozmowy i mówić swoją kwestię w dowolnym momencie – pilot „wyławiał” moje słowa i w pół zdania zwróconego do drugiego pilota, rzucał w moją stronę podziękowanie, oznaczające, że usłyszał.

Ster przekazali mi jak było trochę szerzej i – jak by co – był czas na wyrwanie mi kółka i korektę kursu. Ale jak udowodniłam, że nie jestem wielbłądem (znowu) i daję radę zmieniać kurs o jeden stopień, a nawet o pół, radzić sobie z prądem rzeki i zmiennością decyzji pilota (kurs trzy, pięć, cztery…  hmmm, trzy, pięć, siedem, hmmm nie, trzy, pięć, sześć) to mi nie zabrali steru nawet po wejściu na ostatnie kręte i wąskie ścieżki przed Świnoujściem. A tam zakrętów tyle… już nie było podawania dokładnego kursu, tylko wychylanie steru po 5-10 stopni na prawą lub lewą burtę. To dopiero były wiraże. Jeden większy błąd (mój lub pilota) i byśmy się mogli znaleźć za blisko brzegu, który był tuż tuż. A szliśmy z prędkością … no sporą :)

Naprawdę ekscytujące.

Malina

Żeglowałam na Darze Młodzieży!

Dar Młodzieży to fregata trójmasztowa, z niemal samymi żaglami rejowymi – ogromna gratka dla kogoś kto uwielbia chodzić po rejach tak jak ja. Dlatego gdy nadarzyła się ta niezwykła okazja, by pożeglować Darem, to nie zastanawiałam się. Mimo nielicznej załogi (na 130 ok. miejsc było nas 26 osób w pierwszym i 45 w drugi etapie) daliśmy sobie radę: chodziliśmy po rejach, stawialiśmy żagle, myliśmy codziennie rano pokład, sprzątaliśmy pod pokładem i wykonywaliśmy drobne prace bosmańskie, bawiąc się przy tym wyśmienicie! Nawet obieranie ziemniaków należało do przyjemności gdyż robiła to cała załoga wspólnie razem (standardowo jedna wachta, ale że było nas tak mało to wszyscy) i była to okazja do wspólnych rozmów i śmiechów.

Dla załogi stałej ten rejs również był nowym doświadczeniem. Nie wiedzieli jak nas traktować. Na pewno nie jak turystów, bo wiadomo, że mamy żeglować i pracować, ale również nie jako kadetów, na których można krzyczeć i rozkazywać. Więc jak?  Przez pierwsze dni załoga stała usilnie mówiła do nas „proszę państwa”. Udało nam się to w końcu wyplenić i uświadomić im, że mają do nas mówić na ty – zachowując przy tym z naszej strony zwrotnie formę „panie oficerze, panie bosmanie” choć i to tylko do czasu. A że nie bardzo mogli (w ich odczuciu) nam rozkazywać, to usilnie stosowali formę „proszę” odmieniając ją na różne sposoby. I tak oto prosili żebyśmy już może wstali i poszli myć pokład, albo prosili żebyśmy stawili się na posiłkach lub prosili żebyśmy wyszli na alarm do żagli – co nas setnie bawiło i staraliśmy się ich przekonać by jednak nas trochę ostrzej traktowali. Dla odróżnienia od załogi stałej i szkolnej (kadetów) zamiast „proszę państwa” zaczęli nas wołać per „żeglarze”: była więc zbiórka „wszystkich żeglarzy przy grotmaszcie”, i było zaproszenie „wszystkich żeglarzy do obierania ziemniaków”.

Różnica była także w naszym podejściu do pracy na żaglowcu. Kadeci przeważnie są tam po to, by odbębnić staż. Trzeba ich zapędzać do pracy i wydawać rozkazy. My garnęliśmy się do pracy i sami rozglądaliśmy za czymś do zrobienia. Takie podejście wzbudziło ogromną sympatię załogi stałej, zupełnie nie przyzwyczajonej do takich sytuacji, że za bosmanem ciągnie się tłumek ludzi proszących o jakieś prace bosmańskie. „Dla nas rejs z Wami to były wakacje. Sami chcieliście pracować, nie trzeba było na Was krzyczeć, popędzać. Oby więcej takich rejsów było.” – takie głosy słychać było wszędzie. W ten właśnie sposób zmniejszył się dystans pomiędzy nami: oni (załoga stała) nam nie rozkazywali tylko prosili i traktowali nas na większym luzie, a my sami rozglądaliśmy się za pracą mając niesamowity ubaw i odczuwając radość i wdzięczność że tam jesteśmy. Dzięki temu rejs był naprawdę przemiły.

Dni Morza w Szczecinie

Podczas Dni Morza w Szczecinie gwiazdą wieczoru nie była występująca na scenie Budka Suflera. Gwiazdą wieczoru był Dar Młodzieży, a konkretnie następujący po koncercie nasz pokaz stawiania żagli przy kei. Szczecinianie i zgromadzeni na kei goście mogli podziwiać jak jednakowo ubrani w służbowe, białe drelichy wchodzimy na reje, rozsejzingowujemy żagle rejowe, a potem je stawiamy. W górę poszły również sztaksle.

Wchodzenie na reje w świetle jupiterów, pod okiem wielu kamer telewizyjnych, w rytm lecących z głośników utworów Ryczących Dwudziestek – bezcenne. Razem z nami wchodził na Krojcmaszt Prezydent miasta Szczecina, Piotr Krzystek. Odczuwaliśmy wzruszenie i przeogromną radość, że uczestniczymy w czymś wielkim, ciekawym i ważnym. A do tego wyśmienicie się bawiliśmy.

Rejs odbył się w czerwcu 2008 i był pierwszym z cyklu rejsów “dla żeglarzy” tj. nie dla kadetów szkół morskich, organizowany przez Andrzeja Szklarskiego ze Szkoły Morskiej w Gdyni. Od tamtej pory raz do roku odbywa się taki rejs, obecnie na początku sezonu czyli w marcu.

Alina “Malina” Raduła

Miniony rok zaznaczył się w polskim żeglarstwie zakończonymi rejsami dookoła świata, zarówno w męskim jak i – a może nawet przede wszystkim – w damskim wykonaniu.  Dlatego obecny sezon samosterowych spotkań w TzH to obfitość spotkań z uczestnikami tych rejsów. W warszawskiej tawernie gościliśmy już kpt. Asię Pajkowską, Nataszę Caban, a 8 marca – równo miesiąc po Nataszy – kpt. Martę Sziłajtis-Obiegło. Tak więc nastąpił plejady samotnych „gwiazd” ciąg dalszy.

Tyle, że tym razem w TzH nie pojawiła się żadna „gwiazda”. Nie było tłumów jak na wystąpieniu Nataszy, a samochodem można było dość swobodnie zaparkować w bezpośredniej okolicy tawerny. Marta zaprezentowała się jako normalna dziewczyna, która po prostu opłynęła świat, bo miała na to ochotę, a dzięki Andrzejowi Armińskiemu dostała taką szansę i z niej skorzystała. Jej rejs trwał niewiele ponad rok i prowadził z Wenezueli poprzez Panamę, Galapagos, północne rejony Australii, Afrykę Południową, Brazylię, i zakończył się tam gdzie zaczynała, czyli w Wenezueli. W przeciwieństwie do swojej poprzedniczki, nie szykowała się do rejsu 8 lat, i nie twierdziła, że nie trzeba posiadać odpowiedniej wiedzy, by opłynąć świat. Bez medialnego rozgłosu, wielu sponsorów, została najmłodszą Polką, która samotnie opłynęła Ziemię.

Wystąpienie Marty było podzielone na trzy części: w pierwszej Marta zaprezentowała nam film opowiadający o jej wyprawie, profesjonalne dzieło stworzone po zakończeniu jej rejsu, ale dość dobrze oddające klimat rocznego, samotnego życia na morzach i oceanach na małej łódeczce typu Mantra. Drugą część wystąpienia stanowiły poukładane, pokazywane w kolejności chronologicznej zdjęcia z rejsu, z odpowiednim i ciekawym komentarzem prelegentki. Zdjęcia były prezentowane tak szybko, że nie można było się nudzić, ale jednocześnie dało się coś zobaczyć. Po przerwie na papierosa nastąpiła ostatnia część spotkania czyli sesja pytań i odpowiedzi, która była prowadzona w stylu wolnej dyskusji, na siedząco.

Marta, podobnie jak jej poprzedniczki, podczas rejsu również łowiła ryby. Na moje pytanie, czy umiała zabić złowioną rybę, odparła:

Marta: Tak, umiałam.

Alina: A jak?

M: Skutecznie :)

A: A konkretnie w jaki sposób, korbą, butem, rumem?

M: Nożem :)

Na to siedzący obok Marty Zbieraj odsunął się udając przerażenie.  Z Marty wyszła profesjonalistka. Pokazała nam spokój, opanowanie, uporządkowanie (doskonale przygotowana prelekcja, poukładane zdjęcia) i brak jakichkolwiek medialnych, autopromocyjnych zachowań. I tak jak jej osobiście nie lubię :) tak muszę przyznać: brawo Marta!

„To jest normalna baba, a nie jakaś tam blondynka” – odpowiedział kpt. Janusz Zbierajewski na moje pytanie co sądzi o Marcie. Zresztą chyba sam fakt, że Zbieraj siedział podczas prelekcji tuż koło niej, może świadczyć sam za siebie. Z drugiej strony siedziała kpt. Asia Pajkowska, która opływała Świat w tym samym czasie co Marta, tylko trochę inną trasą i bez zawijania do portów, i zwiedzania opływanego Świata. Też blondynka zresztą.

Cóż, wychodzi na to, że  w żeglarskim świecie to blondynki powinny stanowić wzór kompetencji i inteligencji, a dowcipy o blondynkach powinno się przerobić na dowcipy …. o brunetkach.

Alina „Malina” Raduła

Jak co poniedziałek, 8 lutego br. Stowarzyszenie Żeglarskie Samoster zorganizowało spotkanie z cyklu „Jak wrócimy, opowiemy Wam”. Tym razem prelegentem była samotna żeglarka, Natasza Caban, która opłynęła świat na jachcie „Tanasza Polska Ustka”, zdobywczyni tytułu Jachtsmen Roku 2009 (za ten rejs właśnie).

Spotkanie z taką osobą, przyciągnęło do warszawskiej tawerny „Tuż za Horyzontem” tłumy. Już wcześniej bywało, że nie było gdzie postawić samochodu w okolicy, ale tym razem auta parkowały jeden za drugim, blokując się nawzajem (prelekcję często przerywały okrzyki kierowców: „Właściciel granatowego forda, citroena … proszony o przestawienie samochodu.”)

Było przesympatycznie, bardzo wesoło, śmiesznie, rozrywkowo… Bo jakże by miało nie być, skoro Natasza ubarwiała wystąpienie swoimi morskimi wpadkami, śmiejąc się ze swoich błędów, często własnej głupoty. „Uczcie się na moich błędach, ja się ich nie wstydzę” – mówiła. I tak oto dowiedzieliśmy się np. że Natasza nie wiedziała przed rejsem co to jest AIS, albo że prosiła statki stojące na kotwicy, by ustąpiły jej miejsca by mogła zrobić zwrot, bo jest jachtem żaglowym, albo nie umiejąc zabić ryby, ciągnęła ją za jachtem czekając, aż sama zdechnie. Innym razem stojąc na kotwicy przed portem i będąc obrażona na znajomych stojących w porcie, nie usłyszała ich ostrzeżenia, że ją dryfuje. I często cudem uchodziła z życiem.

Przy całej mojej przeogromnej sympatii dla tej żywiołowej i cudownej kobiety, którą podziwiam za odwagę, siłę, sposób bycia, muszę to powiedzieć: Natasza, czy Ty na pewno nie powinnaś zmienić koloru włosów? Bo to wszystko co mówiłaś, pasuje do zachowania typowej „blondynki”. Na wodzie niewiele błędów uchodzi płazem, a brak przygotowania i niewiedza są szybko weryfikowane przez morze. Wobec tego albo sprawdza się tu powiedzenie „głupi ma szczęście”, albo Natasza ubarwiła całą opowieść, zapominając, że mówi do żeglarzy.

Godne podziwu jest jednak to, w jaki sposób Natasza radziła sobie podczas rejsu ze wszystkimi przeciwnościami. Z brakiem pieniędzy, z zepsutym silnikiem, z rolerem genuy, łańcuchem kotwicznym i tysiącem rzeczy, które zawsze się psują. Albo naprawiała sama, ucząc się budowy silnika i wszystkiego co potrzeba, albo … namawiała do pomocy wszystkich naokoło. Gdziekolwiek się nie znalazła, spotykała życzliwych i pomocnych ludzi, którzy jej naprawiali co się da, karmili, poili i znowu naprawiali. Cudne jest jej podejście i determinacja. Jak nie miała kotwicy bo jej pękł łańcuch, to potrafiła przekonać kogoś by jej oddał swoją drugą kotwicę, bo jej jest bardziej potrzebna. Czasem urokiem osobistym, czasem łzami –  dostawała to, czego chciała. „Przed wypłynięciem w rejs, szykując jacht na Hawajach, zapędzałam każdego do pomocy. Jednego gościa spotkałam w supermarkecie, a następnego dnia już szlifował mi pokład.” – powiedziała Natasza. Oto co potrafi zdziałać kobieta J

Wg Nataszy, w taki rejs dookoła Świata może popłynąć każdy z nas. Może to prawda, ale w takim razie wczorajsza prelekcja w „Tuż za Horyzontem” powinna odbyć pod hasłem „Jak nie należy przygotowywać rejsu dookoła Świata”.

Alina „Malina” Raduła

Powitanie

Witam w moim żeglarskim blogu.

Będzie tu można znaleźć teksty, opowiadania, luźne spostrzeżenia dotyczące tematyki żeglarskiej i okołożeglarskiej, relacje z imprez i nie tylko.

Zapraszam.

Alina “Malina” Raduła